Menu

Forum

Zaloguj się na forum
Login:
Hasło:
 
 Zapomniałem hasła
 Rejestracja

Ostatnie wiadomości

więcej

Galerie

 
 
 

więcej

więcej

Przegląd prasy

Przegląd Prasy / Magazyn Rowerowy / Krucjata Armstronga

Krucjata Armstronga

2008-11-24


Dziewiątego września lotem błyskawicy nie tylko sportowe media obiegła wiadomość: „Boss wraca!”. Lance Armstrong, siedmiokrotny zwycięzca Tour de France, nieoczekiwanie ogłosił powrót do kolarskiego peletonu po trzyletniej nieobecności. Jak wszystko co związane z Armstrongiem również decyzja o przerwaniu sportowej emerytury została głęboko przemyślana i przekazana nieprzypadkową drogą.

 

Pierwsze przecieki, z targów rowerowych Eurobike w Niemczech i wyścigu Tour of Missouri, wzmocnione spekulacjami zamieszczonymi na stronach magazynu „VeloNews”, znalazły oficjalne potwierdzenie w ekskluzywnym wywiadzie, jakiego Amerykanin udzielił, pojawiając się w miesięczniku „Vanity Fair” oraz w filmowym przekazie umieszczonym na internetowej witrynie jego Fundacji (LAF).
„Po rozmowie z moimi dziećmi, rodziną i najbliższymi przyjaciółmi z radością ogłaszam powrót do profesjonalnego kolarstwa” – mówił. „Wracam, by podnosić świadomość globalnego problemu, jakim jest nowotwór złośliwy. Jedynie w tym roku 8 milionów ludzi umrze na raka, kolejne miliony cierpią nie tylko w wyniku choroby, ale społecznego piętna, z jakim mają do czynienia. Po uchwaleniu przez władze Teksasu 3 mld dolarów  na badania i walkę z rakiem nadszedł czas nagłośnienia problemu na całym świecie”.
Na łamach „Vanity Fair” Amerykanin odniósł się do sportowego aspektu powrotu.
„Spróbuję wystartować i po raz ósmy wygrać Tour de France. Pojadę we Francji na 100 procent!”. Wyjaśnił, że decyzja nie została podjęta pod wpływem emocji. Zrodziła się 9 sierpnia, po stumilowym wyścigu MTB w Kolorado, który ukończył na 2. miejscu, i wiązała z narastającą frustracją na tle słabego poziomu Tour de France.
„To żaden sekret, tempo wyścigu było wolne”…


Wstrząśnięci i zmieszani
Niespodziewana, przyjęta z niedowierzaniem wieść wzbudziła falę komentarzy, pytań i oskarżeń. W powodzenie sportowej strony przedsięwzięcia wątpi pięciokrotny triumfator „Wielkiej Pętli” Eddy Merckx.
„Lance nie będzie w stanie ponownie odnosić wielkich sukcesów” – stwierdził, a Belgowi wtórował Bjarne Riis, szef CSC – „Po tylu zwycięstwach można jedynie przegrać”. Rywale, pamiętający Amerykanina ze wspólnej jazdy w peletonie, również wypowiadali się z rezerwą.  „Po tylu latach przerwy nie będzie miał łatwo” – uważa Carlos Sastre, tegoroczny zwycięzca Touru, natomiast drugi zawodnik wyścigu Cadel Evans powstrzymał się od ostatecznych prognoz – „Poczekajmy, co z tego wyniknie. W sumie to pozytywna wiadomość dla sportu i zainteresowania kolarstwem”. Więcej wiary zademonstrował nie kto inny, jak wielki „cień” Armstronga z czasów walki na francuskiej ziemi Jan Ullrich – „Uważam, że stać go na jeszcze jedno zwycięstwo. Jeżeli mentalnie jest gotowy, ciało będzie mu posłuszne”. Podobnego zdania jest jedna z ikon „Grand Boucle”, pięciokrotny zwycięzca wyścigu, Miguel Indurain – „To Teksańczyk, ma silny charakter. Cały czas trenował, biegał maratony, rywalizował w wyścigach MTB. Na pewno zaprezentuje wysoki poziom, ale zwycięstwa to coś więcej”.

 

Trup w szafie
Wraz z wieścią o powrocie z wielką siłą powróciły stare oskarżenia, opinie, iż zwycięstwa Amerykanina są największym oszustwem w historii sportu, zdobyte za sprawą niedozwolonego wspomagania. Przez niemal cały okres pierwszego powrotu do sportu, po wyleczeniu choroby nowotworowej w 1997 roku, pod adresem Armstronga nieprzerwanie wysuwane były, nigdy oficjalnie nieudowodnione, dopingowe zarzuty. Teksańczyk, doskonale zdający sobie sprawę, że następny comeback podziała jak czerwona płachta na jego oponentów, próbował uprzedzić ataki. Od kilku miesięcy podlega pełnemu programowi antydopingowemu Międzynarodowej Unii Kolarskiej, obejmującemu m.in. niezapowiedziane kontrole i prowadzenie tzw. paszportu biologicznego. Ogłosił również własny program antydopingowy, opracowany przez eksperta w tej dziedzinie Dona Catlina. „Chcę być w pełni transparentny, nie pozostawić żadnych wątpliwości. Wykonam wszystko, czego zażąda Catlin. Uważam, że będzie to najbardziej zaawansowany program antydopingowy na świecie” – oświadczył w czasie konferencji prasowej. „Wyniki wszystkich wykonanych testów znajdą się w internecie, co umożliwi bieżące obserwowanie zmian. Próbki zostaną zamrożone, by można je było zbadać po latach. Nigdy jednak w 100 procentach nie wiemy, co sportowiec robi za plecami lekarzy czy menadżerów” – zaznaczył natomiast Catlin.
Jeszcze podczas tej samej konferencji wiarygodność programu podważył Greg LeMond. Zadając z sali kilka niewygodnych pytań, przypomniał, że prawidłowe wyniki krwi i moczu nie wykluczają niedozwolonego wspomagania. „Istnieje wiele innych wskaźników, jak VO2 max, zużycie tlenu, wytwarzana moc, których wartości i stosunek mogą wskazywać na stosowanie nielegalnych środków” – zauważył trzykrotny zwycięzca Tour de France, dodając – „Wielki koszmar, z którym żyliśmy, powraca”.
W tym samym tonie wypowiedział się wieloletni szef Światowej Agencji Antydopingowej (WADA) Dick Pound – „Jeżeli próbki nie są badane w jednym z akredytowanych przez WADA lub MKOL laboratoriów, nie mają żadnej wartości” – stwierdził. „Powrót Armstronga nie powstrzyma gromadzących się nad nim czarnych chmur. Nadal będzie zmuszony odpowiadać na te same pytania. Musi wyjaśnić, dlaczego 6 jego próbek zawierało EPO”. Pound nawiązał do próbek Bossa pobranych podczas Touru w 1999 roku. Sześć lat później, gdy testy wykrywające EPO były już dostępne, francuskie laboratorium Chatenay-Malabry wykonało powtórne badania, a wyniki wskazujące na ślady zewnątrzpochodnej erytropoetyny wyciekły do dziennika „L’Equipe”. Na słowa Kanadyjczyka odpowiedział prezydent Francuskiej Agencji Antydopingowej (AFLD) Pierre Bordry – „Chcemy dać możliwość Armstrongowi oczyszczenia się z zarzutów z przeszłości. Proponujemy w obecności osoby przez niego wskazanej ponowne przebadanie próbek. Jeżeli jest czysty, pozytywnie przyjmie ofertę”. W odpowiedzi Teksańczyk oświadczył – „Żadna propozycja, na którą mógłbym wyrazić zgodę, nie pozwoliłaby dostarczyć niezbitego dowodu co do roku 1999”. Powołał się przy tym na raport Vrijmana z 2006 roku, który stwierdził, że próbki przez wszystkie lata nie były właściwe przechowywane i nadzorowane, dlatego nie mogą służyć za jakikolwiek dowód.


Stare śmieci w nowych kolorach
Jedna z pierwszych zagadek, z rozwiązaniem której Armstrong długo nie zwlekał, sprowadzała się do pytania, jakiej grupy koszulkę założy. Choć zastrzegał, że w tej sprawie nie prowadził wcześniej żadnych rozmów, wystarczyły dwa tygodnie od ogłoszenia decyzji o powrocie, a wszystko stało się jasne. „W 2009 roku będę ścigał się w Astanie” – zakomunikował w Nowym Jorku. „Rozmawiałem z wieloma zespołami, jednak nie potrafię wyobrazić sobie sytuacji, bym ścigał się przeciw drużynie prowadzonej przez Johana. Jest moim wieloletnim przyjacielem i partnerem w sporcie” – dodał, nawiązując do Johana Bruyneela, menadżera Astany, pod kierownictwem którego wygrał wszystkie Toury (1999–2005) w drużynie US Postal/Discovery Channel.
Informacja o zasileniu szeregów kazachskiej grupy zbiegła się ze zwycięstwem Alberto Contadora, dotychczasowego lidera Astany, w Vuelta a Espana. Hiszpan, który tym samym dokonał wielkiego wyczynu, kompletując triumfy we wszystkich wielkich tourach, nie przyjął wiadomości z zachwytem, grożąc, że odejdzie, jeżeli jego pozycja w drużynie zostanie zachwiana. „Zamierzam w przyszłym roku wygrać Tour de France, z Armstrongiem czy bez niego. Wszyscy wiemy, że to wielka osobowość, dominująca nad wszystkim. W żadnych okolicznościach nie zgodzę się jednak, by moje plany sportowe zostały zahamowane z jego przyczyny. Muszę wiedzieć, kto będzie liderem”.
Potencjalny konflikt starał się zgasić w zarodku sam Amerykanin, podkreślając wielką klasę kolegi z grupy – „Alberto jest najlepszym kolarzem świata, bardzo go szanuję. Na dziś sam nie wiem, czy będę potrafił jechać tak szybko jak on. Astana nie powinna mieć kłopotów z Armstrongiem i Contadorem w jednym składzie”.  W podobnym tonie wypowiedział się również Bruyneel – „Liderem będzie najsilniejszy zawodnik w drużynie, nie liczą się nazwiska i sukcesy odniesione w przeszłości”.


Terminator reaktywacja?
Przeszłość, a w zasadzie przybywające w metryce lata, to jedno z największych wyzwań, z jakim przyjdzie się zmierzyć Bossowi, „pieszczotliwie” przezywanemu też, z racji stylu rządów w peletonie, Terminatorem. Gdyby w lipcu przyszłego roku stanął na najwyższym podium w Paryżu, miałby 37 lat i 10 miesięcy. Dotychczas najstarszym triumfatorem Touru pozostaje Belg Firmin Lambot, który w 1922 roku miał 36 lat i 4 miesiące. Amerykanin w rozmowie z „Vanity Fair” nie ukrywał, że ciało przypomina mu, iż przestał być młodzieniaszkiem – „Nie będę kłamał, moje ciało męczy się szybciej, nie wyskakuję tak szybko z łóżka jak niegdyś. Jednak kiedy już jadę, kiedy jestem na rowerze, czuję się tak dobrze jak dawniej”. Przywołał również dwie postacie z Igrzysk Olimpijskich w Pekinie – „Spójrzcie na pływaczkę Dare Torres, 41-letnia matka udowodniła, co można zdziałać w stylu dowolnym. Również zwyciężczyni maratonu [Constantina Tomescu-Dita] liczy 38 lat. Starsi sportowcy pokazują, ile są warci”.
Na razie Armstrong musi przekonać do siebie Bruyneela i kolegów z drużyny, z którymi po raz pierwszy spotka się na grudniowym zgrupowaniu kondycyjnym gdzieś w Europie. Menadżer Astany bardzo wyczekuje tego momentu – „Nie wiemy, czy Lance jest tym samym kolarzem co kilka lat temu, czy jeszcze potrafi ścigać się na tym samym wysokim poziomie. Musi udowodnić, że znów potrafi wygrywać”.
Pierwszym oficjalnym sprawdzianem po trzyletniej nieobecności będzie pod koniec stycznia pięciodniowy wyścig Tour Down Under w Australii. „Jestem bardzo podekscytowany perspektywą startu na Antypodach” – powiedział Amerykanin. „Musimy zaplanować wiele rzeczy. Najważniejszą sprawą poza wyścigiem jest to, co możemy osiągnąć wspólnie z ludźmi, z tamtejszym rządem, wokół walki z rakiem”.
Armstrong dotąd nie przedstawił dokładnego kalendarza startowego. Na pewno zaprezentuje się w lutym podczas Tour of California, w Europie chciałby pojawić się w marcowym Paryż – Nicea, a przed kwietniowym Tour of Georgia przewiduje wypad do Republiki Południowej Afryki. Teksańczyk postanowił również zadebiutować w Giro d’Italia, obchodzącym w przyszłym roku setny jubileusz. „Podczas całej mojej kariery nigdy nie pojechałem we włoskim tourze. Zawsze nad tym ubolewałem, ale teraz mogę to zmienić. I kto wie, może z dobrym wynikiem”. Na słowa Armstronga z radością odpowiedzieli organizatorzy Giro. Dyrektor wyścigu Angelo Zomegnan osobiście poleciał do domu kolarza w Austin, by przekazać mu oficjalne zaproszenie.


Francuska rezerwa
Śladów podobnego entuzjazmu trudno doszukać się u oficjeli Tour de France. Wręcz przeciwnie. Wprawdzie dyrektor wyścigu Christian Prudhomme stwierdził, że nie będzie stwarzał sztucznych przeszkód Armstrongowi, ale już poprzednik Prudhomme’a na tym stanowisku Jean-Marie Leblanc otwarcie zaprezentował pogląd, w którym powrót siedmiokrotnego zwycięzcy wyścigu określił mianem poważnego problemu, gdyż – „Na nowo szpalty gazet, pokazywane obrazy, prowadzone rozmowy, wypełni jedno słowo, które paraliżowało naszą pasję przez ostatnie 10 lat, słowo «doping»”.
Amerykanin nie odniósł się do tych zarzutów, odpowiadając dopiero na słowa Jeana-Etienne Amaury, prezydenta Amaury Sport Organisation, przygotowującego „Wielką Pętlę”, który na łamach „L’Equipe” skomentował, że skomplikowana przeszłość Armstronga stawia ludzi stojących za wyścigiem w kłopotliwej sytuacji. „Wygrywałem Tour przez 7 kolejnych lat i nigdy przez ten czas nie udowodniono mi żadnej dopingowej winy. Telewizyjna widownia, zainteresowanie mediów, międzynarodowych sponsorów i publiczności znajdowały się przez cały okres na najwyższym poziomie. Skąd w takim razie to zakłopotanie?” – pytał retorycznie Teksańczyk. W połowie października, w rozmowie z „Gazzetta dello Sport”, wyraził nawet obawy, czy będzie mu dane pojechać we Francji – „Istnieje możliwość, że Giro będzie jedynym trzytygodniowym wyścigiem, w którym wystąpię. Tour pozostaje pod znakiem zapytania. Wszyscy wiedzą, jaki jest dla mnie ważny, ale kłopoty z organizatorami, tamtejszymi dziennikarzami i fanami, mogłyby zaszkodzić mojej misji, jaką jest skupienie uwagi świata na walce z rakiem. Liczę na dyplomatyczne i pokojowe rozwiązanie problemu. Chcę być w Paryżu, ale nie chcę niezdrowego zamieszania”.
Po pierwszym uderzeniu medialnym Armstrong zmienił kierunek swych wypowiedzi, podkreślając, że nie sukces sportowy, ósme zwycięstwo w Tour de France, jest dla niego priorytetem. „To nieporozumienie twierdzić, że wracam, by jeszcze raz zwyciężyć we Francji” –  zaznacza przy każdej okazji. „Podstawowym celem jest nagłośnienie problemu epidemii raka, a najlepszą drogą ku temu wędrówka przez świat z przesłaniem Fundacji
Lance’a Armstronga.”


Mission impossible?
Fundację swego imienia Amerykanin założył w rodzinnym Austin po pokonaniu choroby nowotworowej w 1997 roku. Przez 10 lat zebrał fundusze w wysokości 260 mln dolarów przeznaczone na wspieranie osób dotkniętych nowotworem, uświadamianie oraz badania naukowe. Najbardziej rozpoznawalny symbol fundacji, żółta opaska „Livestrong”, znalazła 60 mln chętnych do jej noszenia, w tym najbardziej znane postaci ze świata sportu, show biznesu i polityki.
Dwudziestego czwartego września w Nowym Jorku Armstrong zabrał głos podczas „Światowej Inicjatywy Clintona”, forum ustanowionego przez byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Podczas prezentacji ogłosił rozpoczęcie światowej kampanii na rzecz walki z rakiem pod nazwą „Global Cancer Initiative”, która zakłada realizację trzech podstawowych celów: oswojenie z problemem choroby nowotworowej i doprowadzenie do zaprzestania społecznego ostracyzmu osób chorych; zainicjowanie międzynarodowego ruchu promującego wiedzę na temat raka; wspólnie z liderami światowych rządów rozwijanie międzynarodowego lobbingu na rzecz badań i informacji o nowotworze złośliwym. LAF przewiduje rozpoczęcie tej ostatniej inicjatywy podczas „Livestrong Global Cancer Summit”, na zakończenie Tour de France 2009 w Paryżu.

 

Machina rozkręcająca kampanię została wprowadzona w ruch. Z Armstrongiem niemal nie rozstaje się grupa najbliższych współpracowników planująca i uzgadniająca najważniejsze działania. Ekipa filmowa dokumentuje drogę prowadzącą Amerykanina na Pola Elizejskie w Paryżu. Zorganizowano młodzieżową grupę kolarską Trek-Livestrong, stanowiącą jeden z elementów promujących ideę.
Armstrong jest przekonany, że i tym razem okaże się zwycięzcą, że jego misja, światowa krucjata przeciwko nowotworowi, nie może zakończyć się klęską. „Boję się niepowodzenia, mam fobię porażki. To jednak widocznie dobra rzecz, myśl o przegraniu tej sprawy, przegraniu czegokolwiek…”.

 

Tekst: Tomasz Czerniawski


  Pozostałe artykuły:

wróć