Menu

Forum

Zaloguj się na forum
Login:
Hasło:
 
 Zapomniałem hasła
 Rejestracja

Ostatnie wiadomości

więcej

Galerie

 
 
 

więcej

więcej

Przegląd prasy

Przegląd Prasy / Magazyn Rowerowy / Z wizytą u księcia Draculi

Z wizytą u księcia Draculi

2008-04-30


Do Rumunii docieramy przez Słowację i Węgry. Pierwszy nocleg planujemy spędzić nad jeziorem. Wypatrzyliśmy je na mapie i mkniemy. Niestety, teren prywatny, ogrodzony, płatny. Eee, nie będziemy trwonić pieniędzy na luksusy. Zawracamy i znajdujemy nocleg za wioską.

 

Zwiedzamy region Maramuresz. Wioski-skanseny, strzeliste wieżyczki kościołów, sympatyczni staruszkowie ćmiący papierosy przy bogato rzeźbionych bramach, babuszki w spódniczkach po kolana i dwudziestoletnie panny w kolorowych chustach na głowie. No i główna atrakcja regionu – wesoły cmentarz w Sapanta. Ewenement na skalę światową. Kolorowe nagrobki, na których namalowano sceny z życia zmarłych lub ich ostatnie chwile przed śmiercią.

 

Kto pyta, nie błądzi…
– Cxu vi scias, avcxjo, kie oni povas meti la tendon cxi tie? – Nie wie dziadek, gdzie tu można namiot rozbić? Krzyś pyta w esperanto staruszka siedzącego w Vadu Izei. Reszta z nas przypatruje się wyczekująco. Starszy pan jakby tylko na to czekał. Gestami daje do zrozumienia, byśmy poszli za nim. Prowadzi nas przez podwórko za stodołę i pokazuje, gdzie możemy rozbić namioty. Niestety, nie ma wody, ale można przynieść w wiadrze. Dziadek poliglota opowiada coś mieszaniną rumuńskiego, francuskiego, angielskiego, rosyjskiego, Krzyś odpowiada w esperanto. Reszta z nas, rozbijając namioty, przysłuchuje się w milczeniu. Mieliśmy zamiar jak najszybciej zjeść kolację i iść do wioski popatrzeć na wesele, jako że pół godziny wcześniej mijaliśmy korowód ludzi idących za młodą parą. Niestety, jedzenie i różne napoje do kolacji rozleniwiły nas na tyle, że zamiast spaceru zapadamy w błogi sen.
Rankiem staruszek zaprasza nas najpierw do swojego warsztatu rzeźbiarskiego, potem do domu, gdzie częstuje kiełbasą, chlebem, herbatnikami, frytkami i kompotem. Niespodziewanie wystawia za wszystko rachunek na trzydzieści lei! Tak nas to zatkało, że płacimy bez mrugnięcia okiem. Aby ochłonąć, jedziemy wykąpać się w pobliskiej rzece.
Kierujemy się na południe, jadąc bezdrożami, męcząc rowery po kamieniach, muldach, dołach i wybojach. Po kilku dniach jazdy kończą się łatki i klej do dętek. Do tego Tomek rozerwał oponę. Decydujemy się podjechać kilkadziesiąt kilometrów pociągiem. Na małej stacji w Bontida kupujemy bilety do Cluj-Napoka.
– A bilety na rowery? – pytam. Kasjerka wzrusza ramionami. Kupimy w pociągu? – namolnie ponawiam pytanie. Wydaje się, że kasjerka sama nie wie, czy będą nam te bilety potrzebne, czy nie. Szkoda, że nie było wtedy z nami Krzysia, może zagaiłby coś w esperanto. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że w razie czego kupimy bilety w pociągu.

 

Budżet za kukurydzę
Przez następnych kilka dni zwiedzamy warowne kościoły na północ od Gór Fogaraskich, wybudowane przez siedmiogrodzkich Sasów. „Ein fester Burg ist unser Gott” – solidna twierdza jest naszym bogiem – czytamy we wnętrzu jednej z potężniejszych budowli Transylwanii, ponadsiedemsetletniej warowni w Velea Viilor. Z podobnym rozmachem zbudowane są fortyfikacje w Biertan, Viscri, Saschiz czy Homorod. Do tych ostatnich docieramy po jednodniowym postoju w Sighisoara, gdzie co roku odbywa się słynny festiwal. Jako że nie przyjechaliśmy do Rumunii szukać wrażeń w zatłoczonych miastach, zostajemy tylko jeden dzień na miejskim campingu, zwiedzając średniowieczną starówkę i zbierając siły przed serpentynami w Górach Fogaraskich. Zbudowana jeszcze za rządów Nicolae Ceausescu droga w Karpatach, poprowadzona na wysokość 2042 m n.p.m., choć niedorównująca przełęczom alpejskim czy himalajskim, mimo wszystko jest pewnym wyzwaniem. Po bardzo męczącym podjeździe docieramy na przełęcz. Tam, przed ziejącą paszczą ciemnego, bijącego lodowatym zimnem tunelu, zakładamy na siebie wszystkie ubrania i przygotowujemy się do kilkudziesięciokilometrowego zjazdu. Kalorie uzupełniamy własnym prowiantem, chociaż ci, których stać, mogą spróbować rumuńskich specjałów, rozłożonych na stolikach po obu stronach drogi. Kolba kukurydzy za równowartość jedynych czterdziestu złotych – dla nas budżet na dwa dni.  

 

Na transylwańskiej prowincji
W Curtea de Arges skręcamy na północny-wschód i kierujemy się w stronę Braszowa. Staramy się jechać po drugorzędnych drogach, które często przypominają szerokie, polne ścieżki, ale daje nam to poczucie bliższego obcowania z przyrodą, jest też okazją do zobaczenia miejsc, o których na próżno szukać wzmianki w przewodnikach.
Do jednej z wiosek docieramy wczesnym rankiem na śniadanie. Alicja już od godziny czeka na nas przy sklepie, zupełnie ignorowana przez panów siedzących obok przy plastikowych stolikach. Obca kobieta, na rowerze, sama, na zapadłej transylwańskiej wsi. Dziwne, lepiej nie zaczepiać, ignorować, jakby jej nie było. Sytuacja zmienia się, kiedy dojeżdżają „mężczyźni”.
– Unde mergeti? – Dokąd jedziecie? – pyta jeden z sączących trunki panów spod sklepu. Brasov. Uśmiechamy się do siebie, ale chyba nie porozmawiamy. Bariera komunikacyjna. Jeden z mężczyzn podniósł się i za moment wrócił z rozmówkami rumuńsko-angielskimi! Do tego przyniósł mapy Rumunii i wielki kawał przepysznego, wędzonego owczego sera. Wszystko nam zostawił, niczego nie chcąc w zamian. Wielkie zainteresowanie wzbudzamy również wśród miejscowych dzieciaków, które ustawiając się z pomocą kopniaków i kuksańców, pozują przed obiektywem aparatu. Bardzo możliwe, że jesteśmy pierwszymi cudzoziemcami-rowerzystami, którzy dojechali do ich wioski. Chłopcom szczególnie przypadły do gustu przednie amortyzatory i pedały SPD.
– Drum Bun! – Szczęśliwej Drogi! – wołają na pożegnanie.

 

Tylko koni żal
Jadąc po bezdrożach, przecinamy pasmo Harghita i wjeżdżamy w Góry Hasmas. Planujemy przejechać przełęcz Tarcau, ale droga prowadząca na nią urywa się w pewnym momencie i nie bardzo wiemy, jak jechać dalej. Po bardzo stromym podjeździe wyjeżdżamy na połoninę, ale i tam nie bardzo widać, jaki obrać kierunek. Schodzimy powoli po stoku, kierując się na północ. Z oddali słychać ujadanie psów, które powoli zbliżają się do nas. Jest ich coraz więcej i wkrótce jesteśmy otoczeni i atakowani przez watahę kilkudziesięciu ujadających bestii. Zastawiliśmy się rowerami, próbując zachować zimną krew. Psy są coraz bardziej natarczywe, zaczynają wgryzać się w rowery i jedyne, co możemy zrobić, to czekać i zasłaniać się coraz ciaśniej. Nagle z dołu słychać przeciągłe gwizdy i nawoływania. Powoli psy zaczynają nas odstępować. Dochodzą pasterze z leżących w dole zabudowań i wataha powoli się rozpierzcha. Jeszcze co chwilę jakiś pies dobiega i próbuje dostać się do czyjejś łydki, ale niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Za moment jest jasne, którędy należy jechać dalej. W stronę wioski Trei Fantani zjeżdżamy już w zupełnych ciemnościach.
Mijając jedną z polan, słyszę obok siebie dziwne, dudniące odgłosy. Wyłączam czołówkę. Dosłownie obok mnie, po prawej stronie drogi, biegnie w ciemnościach stado kilkunastu koni. Serce wali głośno w rytmie głuchych uderzeń końskich kopyt. Prawdziwa magia na zakończenie wyczerpującego dnia.

 

Stypa na wesoło
Jeszcze bardziej wykańczająca droga prowadzi przez Góry Bistritei. W miejscowości Bilbor panowie pod sklepem pokazują na migi, że nie przejedziemy na drugą stronę, ale jakoś się udaje, aczkolwiek nie jest to jazda, tylko mozolne pokonywanie każdego metra z pchaniem roweru pod górę, potem z góry, gdyż nachylenie i przeszkody w postaci zwalonych drzew utrudniają jazdę. To zdecydowanie najcięższe dni podczas całego wyjazdu. Z ulgą witamy asfalt, który prowadzi nas w stronę Bukowiny.
Zanim dojechaliśmy do Suczawy, przejeżdżamy jeszcze przez polskie wioski. Kaczyca, Nowy Sołoniec, Plesza. Można się tu poczuć, jakby się już wróciło do kraju. Nad wejściem do dużego drewnianego budynku napis po polsku „Szkoła Podstawowa”. W jednej z wiosek mamy wrażenie, że załapaliśmy się na wesele, ale jest to stypa… Choć przyjęcie na smutne raczej nie wygląda.
– Wesele było tydzień temu, ale nasza poszła za Rumuna – dowiadujemy się od wstawionego uczestnika imprezy.
Do Polski wracamy przez Ukrainę, przekraczając granicę w Horbivtsi i kierując się na Czerniwcy. Bez żadnych złych przygód po kilku dniach jesteśmy w kraju, prawie domykając w ten sposób pętlę o długości dwóch i pół tysiąca kilometrów. Niedźwiedzie nas nie pożarły, cyganie nie okradli, a ludzie i miejsca zostawili ciepłe, serdeczne wspomnienia. La Revedere! – Do zobaczenia! – gdzieś po drodze, oczywiście na rowerze.

 

Informacje praktyczne

Jak dojechać
Wszystko zależy od inwencji i trasy, jaką obierzemy. Większość polskich cyklistów wybiera wariant przez Słowację i Węgry, przekraczając granicę węgiersko-rumuńską w Petea/Csengersima. Można również wybrać drogę przez Ukrainę, przekraczając granicę w Siret/Porubnoje. Rumunia jest już w Unii Europejskiej, ale jeszcze nie należy do strefy Schengen. Należy zabrać z Polski paszport albo dowód.

Pieniądze
Rumuńska waluta to leje. Średni kurs w 2007 wynosił 3,15 leja za 1 euro. Na granicy można wymienić część waluty, ale kurs jest zazwyczaj niekorzystny, dlatego lepiej wymienić resztę pieniędzy w mieście. Nie ma problemów z używaniem kart płatniczych, bankomaty są w każdym, nawet niewielkim mieście. W małych miasteczkach lepiej mieć gotówkę, gdyż nie wszędzie da się zapłacić kartą. Pamiętajmy, że Rumunia nie jest tania, szczególnie jeśli chodzi o produkty spożywcze. Przy wydawaniu drobnych często zamiast pieniędzy możemy dostać cukierka albo gumę. Nocując na dziko i żywiąc sia na własny rachunek, czasem zajeżdżając do barów szybkiej obsługi lub niedrogiej restauracji, nie powinniśmy wydać więcej niż 20 zł dziennie (nie wliczając piwa, likierów, winiówek itp.). Zdarzają się po drodze darmowe pola namiotowe (np. w Cehlau), ale nie liczcie na gorący prysznic.

Przewodniki i mapy
 Galusek ., Dumitru A., Poller T., Transylwania – twierdza rumuskich Karpat, Wydawnictwo Bezdroa, Kraków 2003.
 Galusek ., Jurecki M., Dumitru A., Rumunia. Mozaika w ywych kolorach oraz Modowa, Wydawnictwo Bezdroa, Kraków 2007.
 Klimek P., Góry Fogaraskie oraz Iezer, Wydawnictwo Bezdroa, Kraków 2007.
 Korsak W., Tokarski J., Rumunia, Wydawnictwo Pascal, Bielsko-Biaa 2006.
 Odrobiska E., Rozmówki rumuskie, Wydawnictwo Zielona Sowa, Kraków 2006.
 Mapa gór fogaraskich: Muntii Fagarasului – harta turistica, Wydawnictwo DIMAP, 2007.
 Mapa Rumunii – Rumänien, Wydawnictwo Eurocart.


  Pozostałe artykuły:

wróć